„Don't you forget about me” (OPOWIADANIE) cz. 2
Witam,
Pewnie zastanawialiście się, czy mój blog jeszcze „żyje” 😁.
Faktycznie, ostatnio niewiele się na nim działo, ale myślę, że w najbliższym czasie się to zmieni. Póki co, zapraszam, by w ten weekend wrócić do losów Howarda i jego pięknej żony Shirley. Co się z nią stało, czy ona żyje, dlaczego Howard jest w tak kiepskiej kondycji psychicznej, co zamierza zrobić ze swoim życiem?
Pytania będą się mnożyć, ale też będą też pojawiać się odpowiedzi. Pamiętajcie, że nic nie jest takie, jak się wam wydaje. Łączcie kropki, szukajcie odpowiedzi, ale ostrzegam, to co wydaje się realem, może być tylko snem i odwrotnie.
Dodam, że na pewno nie jest to ostatnie spotkanie z moimi bohaterami, a planuję, by było tylko ciekawiej!
Przyjemnej zabawy i miłej lektury! 👇👀
![]() |
| Foto. Pixabay |
3.
Howard drżącymi rękami wyłączył silnik. Głowę, na której wystąpiły drobinki potu, oparł na kierownicy. Serce biło mu jak szalone, a on sam próbował dojść do siebie.
— Tym razem było naprawdę blisko — pomyślał. Nie, żeby specjalnie bał się śmierci, ostatnie pół roku, sprawiło, że nie bał się już niczego. Bez Shirley, jego życie straciło sens. Dni, tygodnie, miesiące przestały się różnić, a on sam, żył jakby we śnie. Nic nie miało sensu, znaczenia i wartości.
Po głowie kołatały się myśli z naukowo brzmiącymi terminami: DEPERSONALIZACJA, DEREALIZACJA, ANHEDONIA, a także te, z którymi człowiek jest bardziej obeznany, ale i tak ma je gdzieś, dopóki nie dotyczą jego samego. Wśród tych drugich była żałoba, strata, depresja i jeszcze parę innych.
Terapia? Oczywiście był u terapeuty, psychologa, nawet psychiatry. Nie kupował jednak stwierdzeń typu „musisz pan to przepracować”, „potrzeba czasu”, czy też rad dawanych może od serca, ale pusto i banalnie brzmiących jak „czas leczy rany”. Co inni mogli wiedzieć o tym, co przeżywa, czuje? To nie oni stracili najbliższą osobę. To nie im w ciągu jednej chwili rozsypało się życie.
4.
Jim Kerr śpiewał „Don’t you forget about me” Howard po prostu jechał przed siebie. Podobnie było gdy z głośników płynęło „Someone, somewhere in summertime”, „Belfast child” oraz „Promised you a miracle”. Te oraz pozostałe piosenki Simple Minds mogli słuchać z Shirley non stop. Grupa, której wokalistą był Forsey na zawsze ich połączyła, choć znali się praktycznie od dziecka. Również „Klub winowajców” film, który na ekrany kinowe wszedł w roku urodzenia Howarda, bo Shirley była od niego o pięć lat młodsza, mogli oglądać bez końca. W ogóle zbieżność ich gustów w większości spraw była zaskakująca. No może z jednym wyjątkiem, było nim bieganie. Shirley była zapaloną biegaczką i biegała prawie codziennie. Nie przeszkadzał jej upał, deszcz, śnieg, wiatr ani zdziwione miny innych ludzi, którzy patrzyli, jak biegnie w ulewie lub śnieżycy, wtedy, gdy sami woleliby znaleźć się w ciepłym domu, na kanapie przed telewizorem.
Z kolei Howard miał trochę inne podejście do sportu i aktywnego trybu życia. Nie, żeby całkowicie go nie lubił, tego powiedzieć nie można. Lubił poćwiczyć na siłowni, koszykówka interesowała go od dziecka, czasami wyskakiwał z kolegami na tenisa. Wszystko to jednak było tylko dodatkiem. Poza tym miewał okresy „zajawek”. Tak było, chociażby z górskimi wyprawami, oczywiście amatorskimi, którymi przez blisko dwa lata wprost „zamęczał” żonę, choć kondycją biła go na głowę.
Po tragicznej śmierci Shirley, często zadawał sobie pytanie, czy jej, a zarazem jego życie potoczyłoby się inaczej, gdyby też polubił bieganie, do którego tak często próbowała zachęcić go ukochana.
— Przepraszam Shirley—wyszeptał, a po policzku spłynęła mu łza.
Wojciech Śliwa ©

Komentarze
Prześlij komentarz